Smartlodówka LG na targach CES 2017

Smart, wszędzie ten smart. Pomyślicie – pewnie smartlodówki jeszcze nie było. Otóż nie prawda, już od paru lat również lodówki są jak najbardziej „smart”, tyle że na targach LG mówiąc krótko, postanowiło pojechać po bandzie i dowalić do ognia, aż zgasło.

Co powiecie na to, że lodówka ma swój system operacyjny? Mowa nie o Androidzie, lecz o webOS. Czym jest ten system? To kolejny, oparty na jądrze Linuxa system operacyjny, opracowany przez LG, które uparcie ładuje je do firmowanych swoim logo produktów. Różne wersje webOS znajdziemy przede wszystkim w telewizorach tego południowokoreańskiego producenta, smartfonach (coraz rzadziej, z uwagi na dominację Androida) oraz jak widzimy w lodówkach.

Jak już przestaniecie się śmiać z tego dziwactwa, takie urządzenie to pod pewnymi względami postęp. Trochę mało to przydatne i nieco śmieszne, lecz postęp jest. Gdzie jest ten postęp? Chociażby w wyświetlaczu zastosowanym w lodówce. To 29-calowy wyświetlacz, o nieco nietypowym stosunku kształtów, jak na wyświetlacz, mający ciekawą funkcję – otóż w dowolnej chwili może stać się… przezroczysty i pokazać nam co jest w środku. Funkcja ta została przez producenta nazwa InstaView.

Jakby się dłużej nad funkcjami lodówki zastanowić, to nie są one wcale takie idiotyczne, jak się wydaje. Lodówka ma oczywiście wbudowane Wi-Fi, wobec czego pośmigamy sobie po internecie, posłuchamy muzyki – tylko nasuwa się pierwsze pytanie, gdzie te urządzenie ma głośniki, chyba że mowa o Bluetooth – a przede wszystkim pobierze i wyświetli przepisy – to akurat bardzo przydatne, a także ma funkcję pozwalającą na wprowadzanie daty ważności umieszczanych w lodówce produktów. Lodówka sama nas powiadomi o upływającym terminie przydatności produktu.

Tutaj jednak moje kolejne malkontenctwo. Jeżeli będziemy wprowadzać do lodówki datę ważności każdego naszego produktu, to zajmie nam to wieki, a nie widzę, żeby producent zastosował tutaj jakiś czytnik daty ważności produktu (takie coś zresztą nie istnieje, gdyż data ważności na produktach nie jest w formie kodu kreskowego). Jak wracamy z wielkimi siatami zakupów do domu, to w pierwszej kolejności wrzucamy wszystko do lodówki, a później leżymy do góry brzuchem. Z tą lodówką mielibyśmy stać i wklepywać datę ważności każdego produktu? Jeszcze na dodatek załóżmy, że kupiliśmy sobie głupi sok. Wypijemy sok – musimy wbić w lodówkę informację, że sok został wypity. Inaczej lodówka za pół roku nas radośnie powiadomi, że sok się przeterminował. Inna sprawa, że komuś się to może przydać dla produktów, które są długo ważne, a kupowane „na zapas”.
Jeszcze ciekawszymi funkcjami są: regulacja temperatury lodówki i zamrażalnika, dokładnie w stopniach celsjusza (dla perfekcjonistów) i … integracja z systemem Amazon Alexa. Oznacza to, że będziemy mogli – jeżeli mieszkamy w Ameryce, bowiem Alexa w szkole, tj. w fabryce robotów polskiego nie miała – zamawiać jedzenie krzycząc do naszej lodówki. Te, k…a, przywieź mi kebaba – krzykniemy – i wtedy Alexa nam złoży zamówienie. A jak źle usłyszy, to zamiast kebaba przywiezie nam na przykład bawoła, bo np. mieliśmy usta pełne jedzenia krzycząc w tle do biednej lodówki. 
Lodówkę ocenię tak: do przechowywania jedzenia wystarczy nam zwyczajna lodówka. Pokrętło „mocy” z predefiniowaną temperaturą wystarczy do 99% zastosowań – kto kiedykolwiek zmieniał moc lodówki poza pierwszym włączeniem, ten niech podniesie rękę do góry. Ekrany mamy wszędzie, systemy operacyjne również. A przepis możemy sobie zobaczyć na smartfonie / tablecie. Tak samo z odtwarzaniem muzyki. O „trackerze świeżości produktów” nie będę nawet wspominał. To już idiotyzm i takie coś może załatwić dowolny terminarz na smartfona.
Jednym słowem – po co to komu ;-)?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *