Recenzja Netflixowego filmu „Death Note” – trzymajcie się z dala!

Filmowa, amerykańska adaptacja mangi Takeshiego Obaty i Tsugumi Oby czaiła się wielkimi krokami. Po wielu zmianach scenariusza, dialogów, problemach z wytwórniami – pomysł bowiem odrzuciły m.in. Warner Bros. (i jak się okaże – słusznie), w końcu reżyser Adam Wingard otrzymał zielone światło od Netflixa. Czy słusznie? Po tytule posta chyba już wiecie.

Zaznaczam, że uwielbiałem i uwielbiam Death Note. Czytałem całą mangę, obejrzałem anime ze dwa razy, widziałem 3 części japońskiej adaptacji z aktorami live-action. Nie widziałem co prawda filmów, które wyszły w 2016 roku, czyli „nowej generacji” z aktorami, bo do tej pory nie wiedziałem, że takowe wyszły. Zaznaczam, że i manga i anime i nawet filmy live-action bardzo mi się podobały.

Jeżeli jesteście zainteresowani uniwersum Death Note to… nie polecam zaczynać Waszej podróży z tym Netflixowym gniotem. Darujcie sobie. Jeżeli nienawidzicie anime i mangi w ogóle to chociaż zerknijcie na adaptację live-action z japońskimi aktorami – jest to naprawdę dobra adaptacja, która zmienia co prawda nieco zakończenie – w sumie to zmienia je na nawet na lepsze – ale bez spoilerowania. 

Recenzja ta będzie starała się być jak najbardziej spoiler-free… co do mangi, anime i live action. Ale filmu to nie oszczędzę, bo nie warto – nic Was nie ominie.

Zaczynamy!

1. Zarys ORYGINALNEJ fabuły…

Gwoli wstępu – anime / manga / live-action i do pewnego stopnia Netflixowy koszmar opowiada podobną historię. Yagami Light (zwany tu Light Turner – w Japonii najpierw piszemy nazwisko, a potem imię, stąd zamianka), największy kujon w szkole, najmądrzejszy typ w liceum, mający aspirację na zostanie policjantem, tak jak jego ojciec, jest z reguły introwertykiem – który potrafi jednak się uzewnętrznić, gdy zajdzie taka potrzeba, a dodatkowo ma bardzo mocne poczucie sprawiedliwości. Do Policji chce wstąpić, kierując się ideą, a nie w celu osiągnięcia prestiżu, czy też gotówki (mówimy o Japonii a nie o Polsce, więc tam może to w Policji możliwe 😉 ;-)). Pewnego dnia siedząc w klasie, widzi jak z nieba spada przedmiot – czarny notatnik. Light na przerwie biegnie na szkolne patio i podnosi ten notatnik, którego okładka zawiera napis „Death Note”. W środku znajduje puste kartki i wypisane na obwolucie zasady jego używania.

Zasady są początkowo proste – wystarczy zapisać czyjeś imię i nazwisko i wyobrazić sobie czyjąś twarz (muszą być te dwa elementy), a po 40 sekundach ta osoba umiera. Domyślna śmierć to atak serca, a śmierć można sobie dowolnie opisać, musi być jedynie fizycznie możliwa, można również ustalić czas, kiedy nastąpi, a nawet w pewnym stopniu kierować przez pewien czas zachowaniem osoby, która umrze – lecz to później w serii.

Czemu akurat atak serca? To akurat bardzo japońskie, gdyż atak serca jest najczęstszą przyczyną zgonów w Japonii, z powodu – jak się pewnie domyślacie – przepracowania. Japończycy to piekielnie pracowity naród, a śmierć z przepracowania ma tam własny odpowiednik kodu ICD-10.

Jak nie trudno się domyślić, Light wpisuje jako pierwszą osobę napotkaną osobę dokonującą rozboju na kobiecie – koleś po 40 sekundach dostaje ataku serca i pada martwy. Po czym wraca do domu i zabija jeszcze terrorystę, który więzi dzieci w szkole, a którego dane widzi w telewizji w specjalnym wydaniu wiadomości. Wtem ujawnia się przed nim Bóg Śmierci – shinigami o imieniu Ryuk i wyjaśnia mu, że Death Note jest jego własnością i przyszedł tu go poobserwować i generalnie popatrzeć co z tym notesem zrobi – zastrzega jednak, że jak się mu znudzi, to sam wpisze jego imię w notes. Proponuje mu również, że może się wyzbyć notesu, jeżeli go nie chce. Light jednak natychmiast odmawia i rozpoczyna realizować swoją wizję naprawy świata. Przybiera alter ego Kiry – z japońskiego killer – zabójca i rozpoczyna działanie.  Nie wchodząc w zbytnio szczegóły, historia ta jest swego rodzaju eksperymentem myślowym – czym jest dla nas sprawiedliwość, jakie są różne wizje sprawiedliwości, odpowiada też na pytanie co by było, gdyby to tylko jedna (później w mandze/anime jest ich trochę więcej) osoba decydowała, kto zginie, a kto nie i tylko jedna osoba byłaby jednocześnie sędzią i katem.

Koncept jest piekielnie ciekawy, manga i anime, co i rusz zmuszały nas do myślenia. Kirę zaczyna niedługo ścigać „L”, ekscentryczny (do sześcianu) detektyw, charakteryzujący się bezbłędną dedukcją, lecz jednocześnie będący mega dziwakiem i w przyszłości pewnie cukrzykiem – patrząc po ilości pochłanianych słodyczy. Nie wchodząc w szczegóły, akcja się zagęszcza, w anime, mandze i w japońskich filmach jest bardzo dobrze ukazana gra psychologiczna pomiędzy postaciami – Light potrafi w niesamowicie zgrabny sposób w jednym momencie stać się Kirą, a wystarczy, że z domowników zapuka do jego pokoju, wnet staje się znowu Lightem. Doskonale się maskuje, jest piekielnie inteligentny i przewiduje ruchy swojego przeciwnika. Sam „L” stosuje nieziemsko sprytne taktyki. Musicie to po prostu obejrzeć. Jeżeli nie rażą was klimaty dorosłego anime (nie jest to jakaś cukierkowa popierdółka – oj nie…), wspaniale zrealizowanego przez znamienite studio MAD HOUSE studio te bowiem łapie się głównie krótszych serii, lecz robi je z pietyzmem i dbałością o jakość, jak na te studio 37-odcinkowy Death Note jest i tak długi 😉 – to koniecznie musicie to obejrzeć.

2. … i jak mocno odbiega od niej film…

Początek Death Note w wersji amerykańskiej nie zwiastuje niczego niezwykłego. Ot, zmiana sceny polega na tym, że Light sobie siedzi i odrabia jakieś prace domowe, nagle przywala mocna ulewa, wszyscy zwiewają do środka szkoły i wtedy właśnie spada ten notatnik. I tu już mamy pierwszą wadę tego filmu. Nie chcę wyjść na jakiegoś zapryszczonego otaku i krytykować absolutnie wszystkiego, co zrobił film. Scena byłaby OK, gdyby nie fakt, że jest zbyt zatłoczona – w tym sensie, że nieograniczona ilość ludzi mogłaby zobaczyć Lighta podnoszącego notatnik, gdyż chwilę wcześniej na szkolnym patio znajdowało się mnóstwo ludzi. W anime zaś reżyser nam podpowiada, że tylko i wyłącznie Light widzi, w sposób bardzo dyskretny, jak na ziemię spada notatnik. To bardzo ważna scena, gdyż to shinigami wybiera człowieka z którym „chce się zabawić” w zabijanie i w subtelny sposób nim manipuluje. Natomiast tutaj brak jest tej subtelności, a cała scena jest zbyt huczna i wybuchowa – tutaj jakaś wielgachna ulewa i czarne niebo, a w anime subtelnie spadający notatnik. Może się czepiam, ale czemu wszystko musi od razu walić Michaelem Bayem? Brakowało jeszcze wybuchu bomby atomowej, żeby również sąsiednie kontynenty widziały, jak Light dostaje ten pieprzony notatnik!

Żeby nie utonąć w mojej litanii, postaram się wypunktować wady i je opisać.

MINUS: Nieuzasadnione zmiany w głównej postaci.

Light w anime jest – owszem – kujonem, lecz również osobą, jak na swój wiek bardzo dorosłą. Właściwie w anime jego szkolne życie jest pozostawione poza nawiasem, a to że bohater chodzi do liceum, to właściwie wiemy z opisu postaci, jego wieku i widzimy tę całą szkołę, jakby zza mgły – całkowicie z boku – taki był zabieg reżysera – naszego bohatera szkoła nie interesuje w ogóle – jest jakby poza nią. Light nie ma jakichś kumpli, nie nękają go jakieś bullies, bo nie o to w tej historii chodzi – to nie jest tania historyjka licealisty. W pierwszym odcinku Light czyta coś tam przed klasą, a potem odmawia kolegom wyjście na browca. Koniec wątku liceum.

Natomiast w (ch)amerykańskiej edycji z Death Note postarano się zrobić teen drama. Light Turner, w odróżnieniu do Yagami Lighta jest niskim chłystkiem, rozwrzeszczanym bachorem i zwykłym idiotą. Do tego dolepiono mu częste szlabany w szkole i spisywanie prac domowych za pieniądze. Te odstępstwa od scenariusza są wręcz idiotyczne. Ktoś krzyknie, że to adaptacja. Ja powiem – OK – ale adaptacja nie uzasadnia czynienie – po pierwsze zmian absolutnie arbitralnych, pozbawionych sensu a po drugie – co najważniejsze – praktycznie drążenie dziury w historii. Amerykańska edycja przez rozbudowanie wątku licealisty staje się wydmuszką, traci swój sens i depcze po majestacie oryginalnej historii. I tak reżyser pojechał po całości. Light sprzedaje prace domowe, jest zarozumiałym, niskim idiotą i ma również „dupę na oku”, którą nęka jakiś amerykański „dżok sportowy” czy tam „bully”. Masakra. Czy reżyser w ogóle zaznajomił się ze źródłem?

W jednej z pierwszych scen Light broni swoją „dupę na oku” przed owym dżokiem i dostaje srogi wpierdol, po czym dostaje szlaban, bo znaleziono u niego te prace domowe na handel. Do teraz nie wiem czemu ma służyć ta scena, odchodzi to od charakteru głównej postaci, która jest na tyle sprytna i inteligentna, że nie pakuje się nigdy w bezpośrednie konfrontacje z jakimiś pakerami. Następnie mając ten szlaban, otwiera Death Note i wtem… od razu pojawia się Ryuk. I tu kolejne pobieżne zapoznanie się z materiałem. W anime Light dostaje notes i od razu w jakiś sposób realizuje swoją wizję naprawy świata. Nie robi tego z powodów czysto osobistych, lecz ma określony plan – sądzenie przestępców. Ma swoją wizję sprawiedliwości. Dopiero po wypróbowaniu mocy dziennika, zjawia się u niego shinigami Ryuk. Tutaj zaś Ryuk wbija z buta na samym początku i od razu wszystko mu od deski do deski tłumaczy, czyniąc jeszcze przy tym durne (ch)amerykańskie dowcipy. Aż szkoda tutaj wspaniałego Williema Dafoe, który wspaniale zagrał tę postać, podkładając jej głos.

Kogo w pierwszej kolejności zabija Light? Dżoka. Wpisując natychmiast w notes również przyczynę śmierci – dekapitacja. I w ten sposób następuje też pauperyzacja dynamizmu tej historii – w anime Light próbuje te moce, wpisuje imię złoczyńcy, który umiera na atak serca – zawał. Zaznajamia widzów od początku do końca z notesem śmierci. Mamy tu pewien dynamizm, rozwój postaci. Eksperymenty z przyczyną śmierci i kontrolowaniem zachowania osoby, która ma umrzeć pojawiają się znacznie później, a tutaj jest to strzał w mordę, na samym początku. Reżyser nie zrozumiał, że Death Note to nie jest historia o chłopaku, który dostał super moce. To nie jest Spiderman, w którym Peter Parker krzyczy „FUUUCKK YEEEEAAAH” i popierdala po budynkach Nowego Jorku. To eksperyment psychologiczny, psychologiczny thriller, gra charakterów. Tu w ogóle o przemoc, ani brutalność nie chodzi – anime ma jej minimum, gdyż w ogóle nie jest ona potrzebna do opowiedzenia historii. To nie jest horror! Dlaczego zaczynamy więc od dekapitacji?

I mamy tu też motyw osobisty. Tu nie chodzi o to, że Light ma się mścić, tu chodzi o coś większego, niż zabicie jakiegoś „dżoka”. Ponadto, Ryuk jest tu grany bardzo dobrze, ale reżyser nie dał mu szansy zabłysnąć. W anime i mandze jego dialogi są wręcz wspaniałe, pełni tutaj rolę nie tyle przewodnika, co bezstronnego obserwatora. Dla Ryuka nie jest ważne, kto ma notes, tylko czy dobrze się bawi. Jest to mu obojętne, gdyż jak się znudzi, może zabić aktualnego posiadacza notesu śmierci, a jego pozostała długość życia jest dodawana do żywota shinigami (Bogowie również mogą umrzeć – np. gdy sami zaczną zabijać ludzi bez kontroli – czuwa nad nimi Król shinigami – ale to już obejrzycie sobie w anime). W anime wypowiada wiele ważnych kwestii, ma błyskotliwe odpowiedzi i często polemizuje z Lightem. Warto tylko wyróżnić dialog z pierwszej końcówki odcinka, w którym Light przedstawia swoją wspaniałą wizję świata wolnego od przestępców, na co Ryuk zadaje mu pytanie, jakie kryteria przyjmie, żeby odróżnić przestępców od prawowitych ludzi i zastrzega, że Light w końcu zostanie „jedyną pieprzoną osobą na tym świecie” realizują swoją wizję. To bardzo ważny dialog, którego w tej miałkiej adaptacji brak. Film w ogóle nie podejmuje tego problemu. Ryuk jest też (w anime) postacią komediową, jego uzależnienie od… jabłek, które często mu podsuwa Light, co dodaje comic relief do mrocznej opowieści. Tutaj w filmie Ryuk wżera jabłka. I tyle. Widzowie są w kropce – czemu on żre te jabłka? W anime mamy ładnie wytłumaczone, że w świecie shinigami – mrocznym pustkowiu, jabłka są ohydne i wysuszone, a w świecie ludzi – piękne i soczyste. Później w anime to Light czasami kontroluje Ryuka za obietnicę otrzymania jabłek – i to też ma sens. Gdzie jest to w filmie? W dupie. Nigdzie.

Co jeszcze wyrządzono Lightowi? Pozbawiono go rodziny. W anime miał siostrę, matkę i ojca. Ojca brał na wzór, matka co prawda stała przy garach, ale była kochającą matką, siostra była normalną japońską nastolatką. I to było bardzo ważne, gdyż w takiej rodzinie narodził się właściwie psychopatyczny kira. W amerykańskiej wersji Light ma tylko ojca, a matkę rozjechał jakiś typek, na którym Light się mści. Cały background wyjebany efektownie do kosza. Wszystko w pizdu.

A ojciec? W anime wyważony oficer Policji, mający poczucie sprawiedliwości – a w filmie gra go aktor, co do którego mamy wątpliwości, czy nie zakatował tej matki pasem od spodni po mordzie – facjata przypomina jeden z typów Cesare Lombroso. Ludzie kochani! Na szczęście później okazuje się, że to tylko pozory i aktor gra tego ojca całkiem nieźle.

Co mnie jeszcze wkurzyło niezmiernie, to wciskanie w mordę Lighta przekleństw. Na tym polegała jego postać, między innymi, że Light nie przeklinał. Był wzorem doskonałości. Dlatego miał na imię Light – bystry, jasny, światły. Natomiast tutaj padają z jego słowa fucki, motherfuckery i inne bitche. Po co? Po jaką cholerę?

Light jest też rozwrzeszczany – krzyczy na ojca jakby był w okresie dojrzewania, przeklina. Każdy jego plan ma co najmniej z 10 wad i jest nieprzemyślany.

MINUS: Z notesem śmierci na wierzchu.

Co zrobiłbyś z notesem śmierci? Otrzymuję odpowiedzi. 10 na 10 osób – schowałbym go. I tak zrobił prawdziwy Light. Korzystał z niego tylko w swoim bezpiecznym pokoju w domu, bronił go jak oka w głowie. Każdy użytkownik Death Note zresztą tak robił – nawet największy debil w serii miał na tyle rozeznanie, że tak mroczną rzecz, trzeba trochę „przykitrać”. Co robi amerykański Light – popierdala z notesem na wierzchu na salę gimnastyczną i wpisuje na luzaku nazwiska. Nagle wbija jego „dupa na oku” i perfidnie czyta na cały regulator „OOO DEATH NOTE JA JEBE ALE FAJNE!” A Light na to, bez żadnego wstrzymania, na jednym oddechu „TY NO TAK TO JEST DEATH NOTE I JAK WPISZESZ TU NAZWISKO TO TYP UMIERA, ZOBA” i potem zaczynają się spotykać, a on jej bez skrępowania pokazuje, jak działa notes. Kurwa mać! Tak to ujmę. Reżyserze, masz strzał w mordę.

Okazuje się, że jego „dupa na oku” to adaptacja postaci z Death Note – Misy Amane, czyli „love interest” bohatera. Tylko, że w oryginale Light ma w dupie wszelkie miłostki – bo po raz kolejny, do cholery, nie chodzi tu o miłostki tylko o psychologiczny aspekt… i okazuje się, że drugi notes posiada również niejaka Amane Misa – głupiutka blondynka, będąca aktorką i piosenkarką. I to ona lgnie do Lighta, a Light ostatecznie ją wykorzystuje do różnych celów (nie seksualnych – jakby ktoś pytał). O ile Amane Misa była głupiutka, to tutaj ta „dupa na oku” – cheerleaderka – jest totalną idiotką. I razem z Lightem są taką parą debili – siedzą przed TV i proponują sobie wieczorami „popcorn i zabijanie złoczyńców” – autentyczny dialog. Ja pierdolę. A o zmianie imienia Misa na Mia. Po prostu za dużo rzeczy w scenariuszu ustalano przy browcu a za mało przy włączonej lampce i kartce papieru i użyciu mózgu przez reżysera.

PLUS: L I WATARI

Do tylu minusów warto dodać jeden i ostatni „plus”, który w sumie jest w dużej mierze też minusem. Mimo totalnej jazdy bez trzymanki z materiałem źródłowym i wybraniem na L postaci graną przez czarnoskórego, jest to o dziwo najwierniej odegrana (też do pewnego momentu!) postać. Żre słodycze, dziwnie siedzi, kontaktuje się przez zaszyfrowane połączenie, przy użyciu dźwięku.  Watariego, jego lokaja i pomocnika gra również japończyk i jest całkiem spoko.

Tylko, że dla reżysera, krótko i wulgarnie mówiąc coś odjebało po 10 minutach i zaczął wciskać L w debilne sytuacje. L wyskakuje z dupy i udziela konferencji – w anime jego potęga polegała na tym, że siedział z tyłu i pociągał jedynie za sznurki, a konferencje przeprowadzał przy użyciu zaszyfrowanego połączenia audio, zmieniając dodatkowo swój głos. Jego praca to rozkmina nad sprawą i dedukcja faktów – on jest mózgiem śledztwa. Potem L z butem wchodzi do mieszkania Lighta i robi awanturę. Potem jeździ samochodem i powoduje jakieś wypadki. Dobre wejście, fatalne zakończenie. A Watari śpiewający mu kołysanki z Czarnoksiężnika z Oz. Dżizas, co ten reżyser, kurwa, palił!

MINUS: MUZYKA!

Mam ochotę ten akapit zacząć i skończyć przekleństwem. Teraz jest szał na lata 80-te w soundtrackach w serialach. O ile w takim Scream Queens taki soundtrack superancko pasuje, tak w Death Note w ogóle. Sceny są z zastosowaną muzyką przekomiczne – wyglądają jak parodia tego serialu. Po prostu chciałem spaść z krzesła. Posłuchajcie sobie chociaż z jednej utwór z soundtracku Yoshihisa Hirano – do oryginalnego anime – wchodzi nawet poza serialem. Kompozycje są wręcz wspaniałe, a niektóre krążą mi po głowie po kilkunastu latach od premiery. To jest dowód kunsztu. Melodie budują napięcie i pasują do ogólnego klimatu.

PLUS: KOLORYSTYKA

Z kwestii technicznych znalazłem jeszcze jeden plus – w kolorystyce filmu. Wyprane barwy sprawdzają się tu bardzo dobrze i pasują do całości – jest to zdecydowanie plus – i to nawiązuje do klimatu anime.

MINUS: MONTAŻ!

Montaż filmu jest godny pożałowania. Cały proces przeistaczania się Lighta w Kirę jest pokazany w formie popularnego i nieśmiertelnego montażu przypominającego teledysk – wszystkie najważniejsze sceny z anime są odarte z sensu i wrzucone w blender, czego wynikiem jest bezsensowna papka. Tylko czemu reżyser posługuje się patentem Guya Ritchiego, skoro totalnie nie umie go wykorzystać? To trzeba, kurwa, chwycić telefon i się spytać mistrza, jeżeli już się uparł na ten teledysk! Pała!

MINUS: MARNOTRAWSTWO BUDŻETU!

Reżyser otrzymał na film 40-50 milionów budżetu. To jedna czwarta Terminatora 2. Co z tym budżetem zrobił? Wywalił na dekapitację, pościgi samochodem, jakieś wybuchy, eksplozje i scenę na ferris wheelu na końcu rozwalanie sali w szkole przez Lighta. Po jaką cholerę te wszystkie fajerwerki? Pierwsze 20 minut mógł spokojnie poświęcić na otrzymanie i zaznajamianie się z notatnikiem przez Lighta – a wszystko to używając dwóch setów: szkoła i pokój Lighta i następnie powoli rozwijając akcję. Do tego używając trzymając w napięciu muzyki i rzutów kamery. Przecież to było takie proste!

 

PODSUMOWANIE

O filmie i co się mi w nim nie podoba mógłbym rozpisywać się pewnie na całą książkę. Film to miałka i niechlujna adaptacja wspaniałego oryginału. Miał wielki potencjał, lecz – co zrozumiałe – film borykał się z problemami, a jego scenariusz był wielokrotnie zmieniany. I to widać jak na dłoni, gdyż postacie są bardzo nierówne i początkowo Light jest Lightem, L jest L i Watari jest Watarim, ale po jakimś czasie ich charakterystyka zmienia się. To tak jakby reżyser początkowo pisał scenariusz w oparciu o mangę, a później w toku kolejnych zmian już zapomniał o materiale źródłowym i skupił się tylko na amerykanizacji dzieła. Sama intryga jest beznadziejnie przemyślana, nie stanowi żadnego plot twistu i do niczego nie prowadzi. Niestety sama koncepcja ekranizacji anime, tak jak gier komputerowych jest już od początku obarczona bardzo dużym ryzykiem porażki – i tak samo było tutaj – ale japończykom jakoś się to udało – ich ekranizacja jest naprawdę spoko.

Historia Death Note w tym filmie to nie to samo, a najgorsze jest to, że nawet już zostawiając te zmiany i nie porównując już tego gniotu do mangi i anime, dostajemy naprawdę beznadziejny film i osoba, która obejrzy film, nie zechce po nim pewnie obejrzeć anime, dlatego przestrzegam Was, żebyście rozpoczęli od anime, a nie od tego gniotu, bo ominie Was wspaniała historia.

 

Jeżeli pragniecie zaznajomić się z mangą, to wydawnictwo J.P.F. Fantastica wydało ją w całości w Polsce, natomiast anime można kupić na DVD – lecz będzie jedynie z angielskimi napisami (brak oficjalnej premiery w PL) – oba produkty nabędziemy np. na stronie Yatta.pl tudzież http://endisc.pl

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *