Premiera Nintendo Switch. O tym, jak pięcioletni chłopczyk – Nintendo odkrywa świat śmietniska Google Play ;-).

Kontynuując dywagacje z poprzedniego wpisu.

Nintendo naiwnie i nieświadomie wkroczyło w świat śmietniska Google Play. Weszło niczym panicz na lśniącym koniu, niczym członek rodziny królewskiej na ulicy King’s Landing z Game of Thrones. Za paniczem w klatce siedziały zlęknione Pokemony i Mario na czele. W dębowej beczce Diogenesa siedział nieśmiało wychylający się Link, który przecież stroni od bycia mieszczuchów, a na podłodze wyłożonej sianem leżała sobie Samus Aran w Morphballu. Panicz z tym całym cyrkiem wyszedł na ulicę, by zaraz – PAC – dostać odchodami w łepetynę, a tu zaraz kopa w jajca od przechodzącego gówniarza rozcinającego owoce na smartfonie.

I tak tym śmiesznym wstępem, wskazuję jak Nintendo miało płonne nadzieje, na „wielkie” wkroczenie na rynek gier smartfonowych. Prezesi zarządu Nintendo, od lat zamykani w piwnicy, dostawali jakieś urywki z gazet, a na nich nagłówki. A to czytali na przykład, że młodzieniec stworzył appkę, pozwalającą osobom z dwoma głowami porozumiewać się z drugą głową gestami, a to inny stworzył appkę, która po naciśnięciu guziora wydawała ze smartfonu odgłos spuszczanej wody w 70 różnych wariacjach. Prezesi zaczęli mlaskać z radością – co tam Łiiii albo Łiii JU – TO JEST DOPIERO RYNEK. Napalili się jak szczerbaty na suchary i zaczęli już liczyć zyski. I tak naliczyli, że Mario przecież jest ikoną gier – i przecież każda gra endless runner ze znaną postacią to już od razu hit. Będziemy sprzedawali to za dolara i pół! Krzyknął ktoś w tle. Już tutaj podbiegł inny członek zarządu z kalkulatorem i już liczy. Przecież takie 10 milionów to na bank kupi Mariana! He-he-he!

A tu terefere kukuryku. Nagle Nintendo wypuściło szybko napisaną aplikację i dostało, jak zwykle, mocnym obuchem w ryj i kubłem zimnej wody. Zysków nie było, szału nie ma. Parę tam artykulików pochwaliło, że grać można jedną ręką i że gra się fajnie. Ekscytacja potrwała pięć minut. Na Fire Emblem to nikt nawet nie spojrzał.

Zapomniało się tylko o jednej rzeczy – rynek smartfonowych aplikacji to już dawno spalone ziemie! Ekscytacja minęła dawno temu. Na początku ludzie kupowali aplikacje za te przysłowiowe dolary, czy centy… bo ich smartfony byłyby inaczej puste. Podobnie było z aplikacjami na komputery klasy PC – na początku też nie było tak dużego rynku freeware. Potem producenci przestali sprzedawać swoje owoce za dolara. Stwierdzili, że będą naliczać za każdego „gryza”. I tak powstały mikropłatności.

I one zaraz zaczęły również ludzi wkurzać. Bo producenci zaczęli wypuszczać gry w ogóle za darmo – macie i bierzcie. Na najbliższe 15 minut.

I teraz – Nintendo poszło po rozum do głowy. Wypuściło w końcu prezesa i resztę z piwnicy, porządnie ich podkroplówkowało i dało najnowsze gazety. Zrobili research. I dostrzegli w końcu niszę. A jaka to nisza? Ludzie przestają się ekscytować mobilną rewolucją na smartphonach – przestaje im wystarczać cokolwiek. Zapragnęli konsolowej jakości. A przecież rynek Androida to: a) śmiecie – endless runnery, gadające Tomy i pierdzące aplikacje, b) porty starych gier, c) niezbyt udane próby stworzenia konsolowej jakości. Niestety gry z gatunku C to dalej jedynie imitacja pełnoprawnych gier. Mamy wydawane co roku Real Racing – fajne to, ale dalej dużo brakuje. Reszta to mobilne, rozmyte wersje „dużych” gier (ale nie tak dopieszczone jak były jeszcze na PSP / 3DS, tylko takie faktycznie półprodukty).

Nintendo postanowiło połączyć dwa światy w jedno. I wierzę, że to się uda. Dlaczego?

Dzisiejszy świat się znacznie zmienił, od czasu hegemonii konsol. Pracujemy coraz dłużej, a podróżujemy coraz częściej. Często jesteśmy długo poza domem, a czas na granie mieliśmy w czasach podstawówki / liceum / studiów. W dorosłym życiu czasu mamy w czasie podróży do pracy i ewentualnie styrani w domu. A w podróży warto mieć sprzęt, który pozwala na szybkiego szpila – lecz i też, żeby była to rozgrywka niebanalna. Wracamy do domu, to chcemy się uwalić przed telewizorem. I Nintendo Switch bardzo dobrze się w to wpisuje.

 

Do podróży wyciągamy Switcha – który niczym PSP posiada funkcje szybkiego usypiania / wybudzania urządzenia. Możemy przyszpilać w najnowszą Zeldę – w końcu w pełnym ruchu. A jak już wrócimy do domu, to wpinamy tablet w doka – i kontynuujemy rozgrywkę, jednocześnie ładując baterię w konsoli.  Wszystko to odbywa się bezszelestnie i bezproblemowo.

Ktoś krzyknie – mam tableta z mini-HDMI! No i spoko. Tylko, że ten kto grał na Androidzie, wie, że styrany z roboty nie sięgniesz po tableta, nie będziesz wpinał kabla od mini-HDMI, następnie odpalał kontroler – jak dobrze to na Bluetooth, jak źle to z przejściówką USB-OTG i jeszcze nadajnikiem / kablem, a potem odpalał jeszcze aplikację. To za dużo, jak na dzisiejsze tempo życia. W Switchu robisz klik – i grasz. Bez niepotrzebnych utrudnień.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *