Premiera Nintendo Switch. O tym, jak Nintendo ma postęp technologiczny w głębokim poważaniu od lat ;-).

W dniu dzisiejszym odbyła się oficjalna premiera hucznie zapowiadanej nowej konsoli Nintendo – Nintendo Switch!

Trzeba przyznać, że stopniowanie napięcia udało się firmie Nintendo koncertowo. Hype nie był zbyt duży, podsycany stopniowo przez prasę branżową, ale też nie do przesady. Doszło oczywiście do kilku – kontrolowanych, bądź nie – przecieków, w tym jednej sytuacji, w której ktoś zaprezentował filmik i zdjęcia przedstawiające działanie konsoli, którą … zakupił ponoć od złodzieja (coś mi się nie chce wierzyć), który zaś skradł egzemplarz konsoli z magazynu. Czy tak, czy siak, w każdym razie przecieków zbyt dużo nie było, ale także nie zaszkodziły one firmie w jakikolwiek sposób. Ich – bardzo dobrym zresztą – ruchem strategicznym było przedstawienie konsolki zaledwie kilka miesięcy przed premierą, tj. w październiku 2016 roku. To pozwólmy się jej przyjrzeć.

 

Nisza

Nintendo doskonale wie, że nie miałoby żadnych szans w otwartym starciu z głównymi konkurentami – których w artykule o jakiejkolwiek konsoli do gier, po prostu nie sposób pominąć – wiadomo, iż chodzi tutaj o konsole PS4 oraz Xbox One. Wobec tego od lat próbuje znaleźć swoją niszę, produkując konsole do gier przeznaczonych na właściwie dwa fronty: tzw. casual gamers, czyli gracze niedzielni – oraz die-hard fanów marki Nintendo. Mają również nadzieję przyciągnąć oczywiście też garstkę „profesjonalnych” graczy, lubiących grę na dużych konsolach. Dlaczego ten podział nie ma już zbytnio sensu? O tym temat na inny artykuł.

Taką strategię firma obrała po klęsce Nintendo Gamecube. Nie bójmy się tego nazywać po imieniu – Gamecube był bardzo udaną, lecz niestety również bardzo niedocenianą konsolą. Nie dość, że sprzęt był świetnie zaprojektowany, stylowy i zwyczajnie ładny, to jeszcze na owe czasy mocny – potężniejszy niż PlayStation 2 i stawający spokojnie w szranki z Xboxem. Nintendo hamowało jednak na siłę postęp – będąc firmą o bardzo długiej tradycji (istnieje już ponad 100 lat – powaga!), strasznie nienawidziło, z niewiadomych powodów, nośniki optyczne. Kiedy w latach 90. był prawdziwy boom na płyty CD, Nintendo wolało, żeby Nintendo 64 miało dalej kartridże. Dostało za to srogie baty od producentów, jak i od graczy. Kartridż oznaczał automatyczny brak prerenderowanych (tj. wcześniej zmontowanych filmików) sekwencji – w innym artykule opiszę, w jaki sposób udało się to ograniczenie pokonać autorom porta (tj. konwersji) gry Resident Evil 2 z PlayStation na N64 – co stanowiło nie lada wyczyn.

Nintendo po N64 zamiast zanurzyć się śmiało w postępie technologicznym – bo przecież producent ten zielony w temacie nie był i zarówno SNES, jak i N64 były wręcz na owe czasy rewolucyjne – postanowiło wypuścić jakby całą nową technologicznie konsolę – od bebechów po design, ale nośnik gdzieś utknął w połowie, między płytą CD, a DVD. Decydując się po raz kolejny na własny – zwany fachowo proprietary format, wypuściło płyty miniDVD – mające pojemność równowartości ok. dwóch płyt CD, zmieszczonych na jednej malutkiej płytce, spowodował po raz kolejny alienację producentów, którzy już dosyć mocno wkurzeni po N64, jeden po drugim ignorowali, bądź całkowicie opuszczali obóz Nintendo.

I tak, mimo bardzo dużego potencjału, konsola pod koniec życia wręcz dogorywała, dając się pokonać nawet pierwszemu Xboxowi, świeżynce i debiutantowi na rynku konsol, który sam za dobrze nie przędł.

I po Gamecubie praktycznie postęp technologiczny się skończył. Nintendo idąc gdzieś za tyłkiem Sony i Microsoftu zboczyła sobie w lewo i zaczęła konstruować nowe monstrum w krzakach. Mamy rok 2006. Na rynku zdążyły już paść od przegrzania pierwsze Xboxy 360, wszyscy jarali się wtedy Blu-rayem. A Nintendo zamknięte w piwnicy, rozkręciło poczciwego Gamecube i podkręciło nieco ten sam procesor, powiększyli mikrą pamięć RAM z 16 do 64MB i nieco pospieszyli grafikę. Zaprojektowali śmieszną, ale ciekawą obudowę i dostrzegli inspirację w poczciwym pilocie od telewizora – zlitowali się jednak i nieco go zmodyfikowali, przede wszystkim pod względem łączności bezprzewodowej, dając sobie spokój z podczerwienią.

Zmęczeni z wysiłku inżynierzy, zakupili parę butelek znanego napoju z zawartością chmielu i tak fruwając sobie na żyrandolu jeden zakrzyknął „Łiiiiiii….”. No i mieli już nazwę. To nie mogło się nie udać. Tak narodziło się Wii. Historia prawdziwa.

I tak na początku konsola ta wzbudziła śmiech. Przedstawiciele Sony i Microsoftu ze śmiechu musieli wylądować w szpitalu na kroplówce, natomiast fani pukali się w głowę. Gdy gracze prześcigali się w argumentach, która konsola ma lepiej ukryte „niepełne 720p” w obrazie, Wii śmigała w 480p i na czinczach mając całą tą rewolucję za nic. Przynajmniej jednak wprowadziła nośnik oparty na DVD – o słusznej już pojemności do 8.5GB (dwie warstwy) – a takim dysponował również Xbox 360.

 

Ale udało się. Gdy konsole Microsoftu i Sony dostawały nowe „exclusivy” i jeszcze bardziej palące procesory efekty graficzne, Wii się sprzedawała. I sprzedawała. I sprzedawała. Konsola sobie zaskarbiła serca graczy, stała się zwyczajnie trendy. Kiedy tzw. „prawdziwi gracze” ekscytowali się Xboxem 360 i PS3, tak ludzie nie związani z grami, ale kojarzący gdzieś tam gry może z jakiegoś Snejka na komórce, czy coś na komputerze, znali doskonale Wii i „że to fajne z pilotami co się tańczy albo gra w tenisa”. Jak Nintendo wydało balance board do Wii i grę, która umożliwiała wprowadzenie swojej wagi i ćwiczeń na kondycję, to już była rewolucja i miliony kobiet na to „zachorowały”. Także Nintendo trafiło z tym jak w dziesiątkę. Wii prześcignął swoich konkurentów i stanął na topie – przekroczył 100 milionów sprzedanych egzemplarzy! Tymczasem Xbox 360 / PS3 zatrzymały się gdzieś na 80 milionach. Mówimy oczywiście o sprzedaży światowej z circa 2014 roku, a więc powolnego zmierzchu siódmej generacji konsol.

Konsola była tak bardzo trendy, że zarówno Sony, jak i Microsoft, po wyjściu ze szpitala z powodu szaleńczego śmiechu, same „zgapiły” pomysł kontrolera ruchowego, wprowadzając odpowiednio kontrolery Move oraz Kinect.

Niestety Wii – jak pokazała historia, niejako przypadkiem wstrzeliła się w odpowiednim momencie w zastój na rynku tradycyjnych gier. Na Xbox 360 i PS3 nastąpiło w czasie premiery niezdrowe podniecenie strzelankami FPP. Producenci gier nagle ogarnęli – na tyle ile jest to możliwe – sensowne strzelanie za pomocą padów i w związku z tym rynek wręcz przykryły te strzelanki. Jak już ta ekscytacja minęła i zaczęły również wychodzić gry inne, niż Call of Duto-podobne, to i okazało się, że Wii zarabia na tzw. gimmicku, czyli wprowadzeniu tak naprawdę bajeru, a wcale nie na treściwych i wspaniałych grach. Dowodziły to proste tytuły, które były po prostu tak naprawdę demami technologicznymi, niż prawdziwymi grami – krótkie gry. Nieco powiewu świeżości wprowadziły flagowce Nintendo – New Super Mario Bros., a także The Legend of Zelda – Twilight Princess. Niemniej jednak Nintendo odkręciło korki od szampana i postanowiło kontynuować passę sukcesu. Zapomnieli tylko, że passa nie przychodzi po prostu od czyjegoś postanowienia.

Nie zapominajmy również, że konsola Wii była znacznie tańsza od konkurencji – stąd takie zainteresowanie.

Nintendo zdecydowanie zapomniało, że Wii było sukcesem jednorazowym i popełniło błąd na samym wstępie – nazywając konsolę. Nazwało konsolę po prostu „Wii U”. Sama nazwa Wii była bardzo dziwna. Krótka i chwytliwa, ale nie kojarzyła się właściwie z niczym. Dlatego też gracze byli zdezorientowani i odebrali w większości Wii U jako… po prostu kolejną wersję Wii. Sam system był słabo rozreklamowany i praktycznie bezszelestnie wszedł na rynek.

Nintendo bezrefleksyjnie próbowało tym razem podłapać trend na tablety i w związku z tym wprowadziło skrzyneczkę i tablet, który był kontrolerem. Zamiast jednak wbudować cokolwiek w ten tablet, to tak naprawdę był on jedynie dodatkowym ekranem dla skrzyneczki. Nintendo zmarnowało szansę i okroiło tak naprawdę „Wii” z tego, co sprawiło, że „Wii” było „Wii” – a więc okroiło go z funkcji kontrolera ruchowego, zamiast te funkcje właśnie rozbudować.

A ponieważ samo Wii bez kontrolera ruchowego było bardzo mało ciekawym i niszowym sprzętem. Dlaczego gracze mieli się męczyć z rozdzielczością 480p i przestarzałymi bebechami, gdy mieli do wyboru ciekawsze pozycje na rynku?

Nintendo chciało być znowu nowoczesne – i był to akurat bardzo dobry ruch z ich strony. Wii U było wszak potężniejsze od PS3 oraz Xboxa 360 – i pod każdym względem. Tylko, że trzeba było jeszcze dorzucić trochę „zabawy”. Producenci zajarani na nowo kontrolerami ruchowymi z Wii ponownie olali Nintendo ciepłym moczem przy Wii U – i znowu Nintendo było skazane samo na siebie. W konsoli był nawet nośnik danych przypominający Blu-ray – o pojemności 25GB. Większość gier śmigała nawet w 1080p i 60 klatkach na sekundę!

Jednakże Wii U presji nie wytrzymało i na rynku zagrzało miejsce jedynie przez 4 lata. Dziś w prasie widnieją nagłówki, iż jest to prawdopodobnie oficjalna data śmierci tej dosyć ciekawej konsoli.

Z racji tego, że wyszedł mi dosyć długi wpis, to podzielę go na dwie części ;-).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *