Pierwszy wpis Serialomanii – o The Walking Dead! (UWAGA SPOILERY!)

Quo vadis, Walking Dead, chciałoby się spytać? W pierwszym wpisie Serialomanii weźmiemy na ruszt wszystkie grzeszki tego serialu. (UWAGA! Spoilery!)

Chciałoby by się spytać: Who the fuck is this? What the fuck is that?
The Walking Dead jest znany praktycznie każdemu na tej planecie, choć nie wszyscy ten serial lubią i go oglądają. Ja należę do fanów tego serialu i swego czasu bardzo się nim jarałem. Jaram się nadal, chociaż coraz mniej. W tym wpisie postaram się wymienić główne grzeszki tego serialu.
#1: Całe odcinki poświęcone postaciom pobocznym. Postacie poboczne.
 

Może ze świetlnym mieczem Morgan byłby mniej wkur..zający :-).

Zaczynamy zdecydowanie z grubej rury. Po pierwsze – do poprzedniego sezonu, czy ktokolwiek pamiętał taką postać jak Morgan? Ot, kolejny murzyn w ekipie. W poprzednim sezonie postać wróciła i mimo, że na początku faktycznie „coś świtało, że był”, to potem wkroczył ze swoją … dosyć oryginalną filozofią życia, kijem oraz Tai-Chi. Ale to co zrobili scenarzyści, było już poniżej pasa. Poświęcenie całego odcinka Morganowi? Jak wymachuje kijem, plecie jakieś własne teorie filozoficzne i buduje więzienie? Wolnego. Odcinek był tak okropnie nudny, że przy jego oglądaniu skręcałem się co i rusz. Masakra. Morgan dostał również odcinek drugi, już w tym sezonie – z królem Ezekielem – nie był to może eksluzywny odcinek dla niego, ale było go aż za dużo na ekranie – i jeszcze na dodatek próbuje zarazić swoją filozofią inną, moim zdaniem bardzo dobrą postać – Carol – oby mu się nie udało. 

Ta po prawej już kipnęła. Ta po lewej mogłaby też już kipnąć.
Po Morganie, przyszła kolej na następne postacie. Włączam sobie więc odcinek 6 sezonu 7 (ten z zeszłego tygodnia) i widzę tą typiarę po lewej stronie i zadaję sobie jedno, ale zajeb..iście ważne pytanie. Kto to jest? Czy ta typiara już nie umarła? Ze dwa razy? Później na ekran wkracza Heath. Wcina bardzo pospiesznie (czytaj – 10 minut) jakieś spleśniałe banany z puszki, czy co oni tam w tym serialu jedzą i rzuca parę filozoficznych kwestii. Później Tara podróżuje, trafia na jakąś mini-wyspę Lesbos-Amazonii-czegoś tam, gdzie są same kobiety. W całym odcinku innych postaci brak. Czy nie można było połączyć odcinków 6 i 7 w jedno? Doprawdy? 
Ten grzeszek ma aż dwa człony. Składa się z odcinków poświęconych w całości postaciom pobocznym, oraz postaci pobocznych. Same postacie poboczne mają wielkiego minusa… z tego powodu, że są. Niestety The Walking Dead ma zbyt rozbudowane uniwersum, lecz jednocześnie ramy fabularne serialu nie pozwalają pomieścić tego całego spektrum postaci pobocznych. Inna sprawa, że są one potwornie płaskie i nudne – tak naprawdę można by było spokojnie ograniczyć ten cały wachlarz postaci, pousuwać trochę aktorów z serialu i dać okazję zabłysnąć tym, którzy na to naprawdę zasługują. 
Wiem, że Tara i Heath być może mają dużo fanów, ale doprawdy, serial mógłby się bez nich spokojnie obyć. Albo przynajmniej poświęcić im 10 minut odcinka, a nie cały odcinek. 
Zastrzegam, że nie czytam komiksów, a do serialu wracam co tydzień, przy okazji nowego odcinka. Dla mnie ciężko połapać się w 150. postaciach pobocznych, jakie oferuje serial. Tym bardziej, że zamiast dać dla tych postaci w jakikolwiek sposób zabłysnąć, to te postacie wykorzystuje jedynie w celu dociągnięcia do kolejnego odcinka. „Do pierwszego… i jakoś to będzie” – twórcy zachowują się, jakby byli trenerami personalnymi fanów, głodząc ich od prawdziwej akcji i prawdziwego serialu.
#2: Tanie, jak barszcz sosnowskiego cliffhangery.
Pamiętacie jeszcze poprzedni sezon? Być może już nie, bo można zatonąć w Morganach, Tarach, grubych (ta co dostała strzałą w oko i przez którą zmarnowaliśmy mnóstwo czasu w sezonie na jej pseudofilozoficzne rozkminy) i tonie innych bezużytecznych postaci. Zadziwiająco, taki Eugene, mimo że użyteczny za bardzo nie jest, to z tych wszystkich postaci jest najbardziej zapamiętywalny. Kręci się wokół głównej ekipy, nie szlaja się po lasach, ani nie wpierdziela zgniłych bananów przez 10 minut. Znamy go i zdążyliśmy się przywiązać. Ale to na marginesie.
W każdym razie pamiętamy jak ostatni sezon rozkręcił słowo cliffhanger. W tym najtańszym tego słowa znaczeniu. Najpierw wysłał biednego Glenna pod śmietnik w końcówce pół-sezonu – gwoli ciekawostki aktor go grający, Steve Yeun ma klaustrofobię, więc naprawdę współczuję mu scenarzystów-debili, którzy wpadli na taki genialny cliffhanger. Niby scena pełna patosu, niby samobójstwo jednego z ekipy (popieram! jednego pobocznego randoma mniej), ale w sumie wszystko sprowadza się do śmietnika. Super.
Kolejny cliffhanger – tym razem na koniec sezonu (mamy już dwa – wystarczy przecież jeden!) to oczywiście niesławny Who meets Lucille z przedstawieniem Negana granego przez znakomicie wcielającego się w tę rolę Jeffrey Deana Morgana. Na marginesie, to według mnie jedyna postać obecnie ratująca serial. Może The Walking Dead chce zostać parodią swojego tytułu? Taki dalej lecący w TV, ale wpółżywy serial? Łapiecie? (pora na suchara)
Na razie dwa grzeszki. Jak się serial nie poprawi, to wymienię więcej. A jest na bardzo dobrej drodze do kolejnego wpisu, więc…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *