LiquidSky – komputer w chmurze

Usługa LiquidSky zbliża się do nas wielkimi krokami – „ciekłe niebo” planuje wprowadzić usługę…całego komputera w chmurze.

Mimo, że usługa reklamuje się jako służąca graczom i do gier, jeżeli LiquidSky udostępni swoim użytkownikom cały system operacyjny, będzie miało to zastosowanie nie tylko do gier.

Usługa opiera się na tym, iż Usługodawca posiada rozsiane na całym świecie wielkie centra danych. Znajdują się tam wielkie farmy superkomputerów, które jednym słowem udostępniają użytkownikom usługę korzystania z mocy obliczeniowej. Rejestrując się na stronie internetowej oraz pobierając specjalną aplikację – czy to na Windowsa, czy to na Androida, uzyskujemy dostęp do naszego personalnego „komputera” w chmurze. Usługa oferuje nam albo darmowy dostęp, z reklamami – według zapewnień producenta 6 minut oglądania reklam pozwala nam na godzinę darmowego korzystania z usługi – aż do maksymalnego limitu 3 godzin i z ograniczeniem powierzchni dysku naszego wirtualnego komputera do 100GB. Oferta za 4.99 $ (ok. 20-25 złotych) wyłącza nam konieczność oglądania tychże reklam i oferuje nam powierzchnię również do 100GB. Miesięczny dostęp z twardym dyskiem (wirtualnym twardym dyskiem) do 500GB będzie nas kosztować 9.99 $ (około 45-50 złotych). Jest jeszcze plan „Unlimited” – również płatny miesięcznie, z miejscem do 1TB.
Od innych usług „w chmurze” różni tę usługę przede wszystkim fakt, iż dostajemy cały komputer do dyspozycji. Możemy na niego przesyłać i instalować na nim różne aplikacje – w tym gry i inne programy (informacja ta nie jest jeszcze potwierdzona). Możemy zatem zainstalować prawdopodobnie na tym komputerze również programy do obróbki filmów, które słyną ze swojego wilczego zapotrzebowania na moc obliczeniową. Tak samo jest z grami. Do nas zaś trafia jedynie obraz i dźwięk z tego komputera w chmurze – wszystkie obliczenia dokonują się poza naszym komputerem. Oznacza to, że wystarczy nam praktycznie każde urządzenie z ekranem – i szybkie oraz stabilne łącze internetowe, aby korzystać ze swojego komputera.
Wadą tego rozwiązania, praktycznie największą, jest to, że spełnia się tutaj scenariusz różnych filmów Sci-Fi i po raz kolejny przeze mnie przywoływanego serialu „Black Mirror” – nie tylko nasze dane nie są bezpieczne, ale również to co robimy w internecie. Zapewnienia Usługodawcy i wszelkie jego zabiegi w celu szyfrowania połączeń to mrzonka – Usługodawca jest panem i władcą naszego wirtualnego komputera i może w każdej chwili „zajrzeć”, co sobie na nim aktualnie robimy. Być może nie użyje ich do niczego złego… ale kto to wie?
Plusem jest zdecydowanie możliwość skorzystania z tego komputera w celach np. edycji video. Załóżmy, że pracujemy nad projektem reklamy – a jesteśmy jeszcze małym studiem reklamowym i nie mamy jeszcze odpowiedniego wyposażenia (ale talent i zapał już tak). Zamiast zakręcać sobie sznur na szyję, odpalamy edytor video na naszym wirtualnym komputerze i program do edycji video – mocny procesor szybko wyrenderuje nam taki projekt a jego rezultat po prostu sobie zgramy na dysk. Nie trzeba już trzymać włączonego komputera przez tydzień :-). 
Wrażenia z użytkowania napiszę, gdy zostanę zaakceptowany do „bety”. Pewnie nie zostanę. To wtedy wypróbuję jak będzie już to dostępne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *