Kryzys mediów społecznościowych. Nadchodzi zmiana warty czy spełnienie scenariuszy Black Mirror?

O tym, że poziom największego centrum społecznościowego – Facebooka – spada na łeb na szyję, wszyscy wiemy, Twitter natomiast w tym momencie dogorywa i wielu przewiduje, iż bieżący rok może być dla giganta decydujący.

Decentralizacja mediów społecznościowych nie przynosi zbyt dobrych rezultatów. Tak naprawdę każdy kolejny serwis społecznościowy, który chce zagrozić Facebookowi pada jak mucha. Efektem powstawania nowych mediów społecznościowych rodzi konieczność zakładania nowego kanału, aby być wszechobecnym w mediach. Tymczasem często sprowadza się to jedynie do kolejnego przycisku na naszym profilu, portfolio, czy też stronie internetowej.

Jack Dorsey – prezes zarządu Twittera

Obecność w mediach społecznościowych bywa zwyczajnie upierdliwa. Jeżeli chcemy gdzieś zaistnieć (tak jak wpis na blogu, którym czytacie) na poważnie, musimy być dosłownie wszechobecni – Facebook, Instagram, Snapchat i Twitter to podstawy – bez nich ani rusz. Dla bardziej zaawansowanych przyda się również przycisk praktycznie martwego już serwisu Google+.

Czy jest sens prowadzenia tylu profili dla naszej działalności gospodarczej? Niezbyt. Wpis na blogu konwertujemy następnie na format fejsbukowy – krótko i treściwie. Potem tą papkę wrzucamy do Twittera – składa się ona z krótkiej wiadomości liczącej do 140 znaków, więc zmieści się nam link i mała dopiska. Czasem coś jeszcze można wrzucić na Instagram, a później może jakiś Snapchat. Ewentualnie jeszcze dorzutka na Google+.

Problem w tym, że jest to dosyć czasochłonne – i w sumie bezsensowne. Ponieważ bloga prowadzę sam, a na jego prowadzenie przeznaczam jedynie swój wolny czas, ciężko jest wrzucać posty wszędzie gdzie popadnie. Gdy skorzystałem ze skryptu IFTTT (If this then that), mogłem publikować posty na blogu, które następnie automatycznie trafiały na Facebooka. Z racji braku wsparcia artykułów ekspresowych, trzeba było zmienić podejście i publikuję obecnie artykuły manualnie – tj. piszę je na blogu, a następnie ręcznie konwertuję je na potrzeby artykułów ekspresowych. Zamiast skupić się na najważniejszym – tworzeniu jakościowego contentu – po drodze jest dosyć dużo przeszkód technologicznych. Konwersja do Instant Articles w trybie AUTO jest możliwa, ale po drodze stracimy obrazy, filmiki, a niekiedy nawet i treść.

Mamy 2017 rok. Od paru lat widać, że Twitter nie sprawdza się – nie przynosi takich dochodów, jakby sobie życzyli jego twórcy. Jeszcze w 2013 roku, w trakcie zamachów w Bostonie, Twitter wręcz brylował. To stwierdzenie nie na miejscu, gdyż mowa o tragedii, lecz to właśnie z Twittera ludzie dowiadywali się o losach swoich bliskich, a inni informacji. Był to na ten czas poukładany portal społecznościowy, ze schludnym interfejsem. Zaczęło się jednak coś psuć. Obecnie Twitter to jeden wielki śmietnik. Niestety jest to jedno z największych zagrożeń portali społecznościowych.

Twitter ma za sobą również wiele skandali, np. związanych z odejściem z Twittera córki Robina Williamsa – Zeldy, po serii ataków na niej. Słynna jest też afera gamergate, która charakteryzowała się zalewaniem portalu złośliwymi komentarzami. Liczba użytkowników Twittera wciąż i wciąż zmniejsza się, a jej jedyną siłą napędową jest jedynie rozbudowane narzędzie relacji na żywo. I co z tego? Snapchat żyje z relacji na żywo bądź krótkich filmików, znikających po 24 godzinach. Facebook również ma możliwość transmisji na żywo.

Obecnie media społecznościowe i moda na wszechobecny hating, bycie haterem sprawiają, że ciężko jest wyrazić swoje zdanie. Pod każdym bardziej poważnym wpisem, tylko niewielki odsetek komentarzy jest warta uwagi. Dominują komentarze prześmiewcze i negatywne. A komentarzy też nie zablokujemy, narażając się na dyktaturę – i użytkownicy w tym błędnym kole będą nas określać fuhrerem, wklejając zdjęcia białego kota z czarnym umaszczeniem pod pyskiem.

Z dobrym jakościowo contentem miesza się śmietnik, dziwactwa, czy też zwyczajny analfabetyzm. Rewolucja mediów społecznościowych zaczyna zjadać swój własny ogon. Poprzez media społecznościowe przewalają się wszelkiego rodzaju „mody”, zwane po angielsku „fad”. I tak chwili pisania tego wpisu mamy modę na zbieranie lajków i komentarzy, aby jakaś znana osoba coś wykonała. Zwykle są to spreparowane w Photoshopie obrazki znanych osób i konwersacji z Messengera. Jednym słowem – woła to o pomstę do nieba.

Może wpis i nie jest na czasie, może media społecznościowe od zawsze były tyglem kulturowym albo zwyczajnie śmietnikiem, ale nie jest dobrze. Powoli sprawdzają się tutaj przestrogi zawarte w odcinkach wizjonerskiego serialu brytyjskiego „Black Mirror”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *