Czym jest „demoscena”?

Na wczorajszej gali Paszportów Polityki 2016 wprowadzono po raz pierwszy od bardzo długiego czasu nową kategorię wręczanych nagród – Kultura cyfrowa. Padło tam również sformułowanie „demoscena”. Czym jest ta owa „demoscena”? W tym wpisie postaram się przybliżyć te pojęcie, które na gali zostało zdefiniowane, lecz niekoniecznie przystępnym językiem. Zapraszam!

Samo słowo „demoscena”, to po prostu zlepek dwóch słów – demo oraz scena. Po angielsku brzmi po prostu demoscene, pisane łącznie. Etymologię słowa „demo” każdy zna, oznacza po prostu demonstrację, próbkę, czy też pokazówkę czegoś. Scenie w znaczeniu kultury cyfrowej nie przypisuje się takiego znaczenia jak w teatrze – z oczywistego względu. Sceną jest w tym przypadku forum, grupa odbiorców, strona internetowa – scena ma tutaj znaczenie zdematerializowane i oznacza po prostu miejsce, które można oglądać w internecie.

Najpopularniejszym przejawem demosceny, z którym zetknęliśmy się praktycznie wszyscy to tak zwane „cracktros”. Przyznajmy – praktycznie każdy z nas miał na dysku twardym komputera nielegalne wersje gier. Żeby je zainstalować musieliśmy je „scrackować” – co sprowadzało się zwykle do skopiowania specjalnie spreparowanego pliku .EXE do katalogu z grą, która następnie śmigała nam, najczęściej bez płyty w napędzie. Czasem potrzebne było wygenerowanie kodu seryjnego – klucza – tzw. „keygeny”. Po odpaleniu któregokolwiek z tych programów, ukazywała nam się zwykle kosmiczna animacja z ciekawą, 8-bitową muzyką, feerią barw.
Demoscena nie powinna być kojarzona jedynie z piractwem, lecz od piractwa wszystko się zaczęło. Jednym słowem – demoscena to małe (mikroskopijne wręcz w rozmiarze – czasami kilkaset bajtów) aplikacje, które prezentują umiejętności programistyczne ich twórców. Jak widzieliśmy na Paszportach Polityki, demoscena po wielu latach od jej powstania zaczyna być uważana, jako jedna z artystycznych form wyrazu, obok filmu, teatru, czy muzyki. 
Demoscena zaczęła swój żywot w późnych latach 70., wraz z wynalezieniem mikrokomputerów i miniaturyzacją komputerów domowych. Wtedy to z oczywistych względów urządzenia te zaczęły znacznie tanieć – oczywiście mowa głównie o Stanach Zjednoczonych, chociaż na naszym rodzimym poletku PRL komputera również przecież „były” i miały się całkiem dobrze. 
Twory demosceny idealnie wypełniają definicję tworów efemerycznych, krótkich, pozbawionych głębszych rozmyślań – jest to po prostu demonstracja audio-wizualna, mająca głównie na celu zaprezentowanie umiejętności programistycznych ich twórców. 
Siła tworów demosceny tkwi w niesamowitej wręcz oszczędności zasobów sprzętu, na którym się uruchamiają. Twory demosceny zaczynały w momencie, gdy komputery raczkowały, miały śladową moc obliczeniową. Utwory demosceny stanowią często jedynie dodatki do programów, cracków, keygenów. 
Jednym z przejawów demosceny są tzw. ASCII art, czyli obrazy stworzone w notatniku za pomocą zwykłych znaków. Dla przykładu wyżej umieściłem słynną „Mona Lisę” stworzoną w całości ze słów „Mona Lisa” (sic!) o różnych odcieniach szarości. 
Dla przykładu, leciwy już twór demosceny – „Chaos Theory”, który umieściłem wyżej – teoria chaosu, wspaniała animacja, okraszona bardzo ciekawą muzyką… zajmuje jedynie 64 kilobajty. To jest właśnie moc demosceny – prześciganie się w kreatywny sposób na to, kto stworzy najbardziej treściwe „demo”, używając jak najmniej pamięci. 
To teraz dla porównania – wiecie ile miała gra „Super Mario Bros.”, wydana na kartridżu? 16 kilobajtów. Takie demo, z wysokiej jakości muzyką i szaleńczą animacją ma jedynie 64 kilobajty. Jedynie 4 razy więcej. Kurtyna powoli opada…
Związane jest to również z „samonarzucaniem” sobie ograniczeń przez artystów demosceny, które rodzą wspaniałe rezultaty. Artyści działający na demoscenie robią to od lat – używają starych sprzętów, tworzą muzykę za pomocą połączonych ze sobą NESów (rodzimych Pegazusów). Rezultaty są po prostu nieziemskie – polecam obadać temat.
Pomyślicie zapewne, że demoscena, to coś całkowicie niepotrzebnego, jakieś losowe kształty, muzyka jak po dobrych narkotykach trzepiących nieźle w głowę. Demoscena to jednak coś o wiele więcej. Pomijając fakt, iż jest to forma artystycznej ekspresji – nie w wyrazach twarzy bohaterów, lecz w bajtach i bitach właśnie. 
W jaki sposób autorzy demosceny osiągają tak kosmicznie niskie rozmiary swoich dzieł? O tym w następnym wpisie :-).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *