Anty-anty-wirus – o tym, jak antywirusy przestały być użyteczne. 10 powodów na to, aby wywalić antywirusa! (UWAGA BLUZGI!)

Pamiętacie pierwsze podręczniki do informatyki? Mówię tu w szczególności do ludzi urodzonych w latach 80-90.

Takie podręczniki często zawierały krótkie komiksy, tudzież rozdziały poświęcone antywirusom właśnie. Praktycznie rzadko który nauczyciel informatyki dochodził aż do takiego skomplikowanego tematu, jakimi były antywirusy. Królowała wtedy nauka Painta, Worda czy Excela. Ale takie komiksy były. Pokazywały często małe dzieci, które zainstalowały jakąś grę z nieznanej płyty CD, która nagle „skrzaczyła” im komputer. Następnie rodzic, zamiast porządnie takiemu dziecku wytłumaczyć, żeby takich rzeczy nie robić, biegli w te pędy do sklepu i kupowali antywirus. Jaki? Różny. Na przykład stary, polski mks_vir, który był w tamtych czasach niezwykle popularny. Następnie po odpaleniu skanowania, w komiksie ukazuje nam się obrazek nadmiernie podnieconych domowników, cieszących się z tego, że komputer na nowo żyje.

Jak bardzo ta rzeczywistość się zmieniła…

W dzisiejszych czasach, antywirusów mamy na pęczki. Niestety antywirusy dzielą się na te dobre – i na złe, ale również na te antywirusy, które… wcale nie są antywirusami. O ile kiedyś McAfee było szanującą się firmą, o tyle teraz ich „produkty” znajdziemy na każdym urządzeniu. Podobnie jak Nortona. Kiedyś bajecznie proste interfejsy i zabójcza skuteczność (przynajmniej na reklamach), a teraz firmy te kojarzą się nam nie z antywirusami, ale ze złośliwym oprogramowaniem – malware.

Ich produkty są fabrycznie zainstalowane na praktycznie każdym nowym laptopie. Jeżeli chcemy zainstalować nasz własny antywirus, który nabyliśmy od producenta, często są zagrzybiałą kłodą u nogi. Oprogramowanie preinstalowane na nowym sprzęcie nazywane jest pejoratywnie bloatware, od bloat – gazowanie, głównie w jelitach ;-). Istnieje na szczęście multum narzędzi, które pozwalają nam się pozbyć tego świństwa, lecz mniej doświadczeni użytkownicy komputera mogą sobie nie poradzić. A oprogramowanie te jest niezwykle wredne! Potrafi przy każdym starcie systemu wyskakiwać z ofertą skanowania komputera, zakupu pakietu, tudzież w inny sposób nas denerwować. Ludzie, mamy już 2017 rok – dosyć tego!

Niestety dzięki temu mamy tańsze laptopy z wbudowanym Windowsem za darmo, z uwagi na fakt, że wszystkie te przedsiębiorstwa (Microsoft, producenci laptopów oraz antywirusów) są w ciasnej współpracy i każdy sobie nawzajem rzepkę skrobie. Więc bloatware niestety być musi.

Czemu dąży ten wpis? Chciałbym wam przedstawić argumenty przeciwne instalowaniu jakiegokolwiek oprogramowania antywirusowego. Odpowiecie mi – to w takim razie, co z wirusami? Otóż udowodnię wam, że tak naprawdę antywirusy nie są nam do niczego potrzebne, a wręcz nam szkodzą i denerwują.

 

#1: Znaczne spowolnienie sprzętu

View post on imgur.com

O ile nie posiadacie dysków SSD w swoich laptopach / desktopach czy tabletach, o tyle w końcu skanowanie w tle antywirusa zacznie was w końcu mocno wku… denerwować. Właśnie piszecie magisterkę? O jaka szkoda. Właśnie antywirus stwierdził, że zacznie coś robić. Instalować. Skanować. Aktualizować. Po prostu doprowadzać was do szału. Antywirusy są okropne – bez wyjątku! Próbowałem chyba wszystkie dostępne na rynku. Żaden z nich nie działał poprawnie – żaden.

Mało tego. Myślałem przez chwilę, że winien był wybór programu, gdyż komputer nagle zwolnił. Czyżby coś w środku siedziało? Tak. Największy wirus ze wszystkich – antywirus! Po usunięciu świństwa komputer nagle odmłodniał o jakieś 5 lat. A wirusów jak nie było, tak dalej nie ma.

Pamiętam również, że nowe antywirusy – świeżynki na rynku – radziły sobie super – dopóki nie stawały się przeładowanymi molochami. Pamiętacie Panda Antywirus? Z początku świetnie zapowiadający się kawałek softu okazał się tym co reszta – wielkim, rozlazłym szlamem.

 

#2: Zbędny dodatkowy koszt

View post on imgur.com

Licencje na antywirusy wcale nie potaniały. To nadal drogie i właściwie niepotrzebne oprogramowanie. Dlaczego? Z prostej przyczyny. Antywirusy działają zupełnie jak szczepionki na choroby. To znaczy, że nie jest możliwe wynalezienie szczepionki „naprzód”. Zanim się jakaś „cholera” rozprzestrzeni, nowy wirus spowoduje mocne spustoszenie w odsetku komputerów. A jeżeli zostanie opracowana formuła antywirusowa na danego wirusa – to tego usuniecie za darmo. Bez potrzeby rozwalania bankomatu.

Antywirusy posiadają tzw. kwarantannę. Czym ona jest? To taka izolatka dla pliku skażonego wirusem – albo się uda go wyleczyć albo nie. Jeżeli nie – plik ląduje do kosza. I w przypadku nowszych wirusów, po prostu musicie się pożegnać z plikami. Czy trzeba na to wydawać kupę forsy?

 

#3: Idiotyzm. Kretynizm. Debilizm.

View post on imgur.com

Jeżeli miałbym kogoś określić pejoratywnie debilem to nie wskazałbym prawdopodobnie na człowieka. Lecz bardziej na kolektyw ludzi. A głównie zlecający biednym programistom debilne rozwiązania w programach antywirusowych. I debilem określiłbym te stworzone przez nich „coś”, co się zowie antywirusem.

Miałem ostatnio wątpliwą przyjemność ustawiania najprostszej sieci – domowej, najprostszej w świecie – pomiędzy dwoma komputerami oddalonymi od siebie około 5 metrów. Bardzo łatwa to czynność, wręcz rutynowa. Na obu odpalony radośnie Windows 10. Jeden miał drugiemu udostępniać pieprzoną drukarkę podłączoną na USB. No chyba prościej nie można. Oba komputery mają 64-bitowe procesory, więc sterowniki są. Drukarka na komputerze nr 1 zapiernicza jak szalona. Ale sieci nie ma. Nie widać. Komputery się nie pingują. Na obu zainstalowane te same antywirusy.

Żeby się nie narazić na skargi producenta, podałbym wam nazwę tego antywirusa. Ale to bez sensu, bo to samo jest pewnie w reszcie.

Zgadnijcie co odczynili nasi ochroniarze komputerów? W zaporze dodali lokalne IP. IP, które nie jest widoczne dla nikogo z zewnątrz, bo to niemożliwe. Badum tss… To tak jakbyś miał osobę niepełnosprawną (to metafora Waszych komputerów) na utrzymaniu i chciał ją ochronić przed włamywaczem, a zamek antywłamaniowy wstawiłbyś od wewnątrz. Na zewnątrz zostawiłbyś zaś całkiem spoko zamek, ale nie antywłamaniowy. Okej. Tylko, że ta osoba i tak z domu nie wyjdzie, a osoba doświadczona (jakiś Mr. Robot) z zewnątrz i tak i tak nam ten zamek złamie. I to samo jest z antywirusem.

A teraz wskażcie mi, kto na świecie ma zewnętrzne IP z początkiem 192.168.0.X? No właśnie. Trzeba być konkretnym debilem, żeby zapomnieć wstawić chociażby pier.olony wyjątek od reguły wskazujący na chociażby najpopularniejsze możliwe adresy sieci domowej. Ku.wa!

 

#4: Efekty dźwiękowe, świetlne. Przypomnij o aktualizacjach za 10 lat. Albo w ogóle.

Every. Fucking. Time. Jedziesz spóźniony na ćwiczenia i zapomniałeś wyłączyć dźwięk w laptopie? Siadasz, rozkładasz swój sprzęcior, będąc i tak już mocno poddenerwowany, spocony i trochę zawstydzony, słyszysz przyjemne plumknięcie Windowsa – to jeszcze spoko – i po chwili ryk na całą salę: BAZA WIRUSÓW PROGRAMU XYZ ZOSTAŁA ZAKUTALIZOWANA. Śmiechom nie ma końca. Wiedzą, że nie można z Tobą zadzierać. Przecież masz antywirusa! No tak! Tylko dlaczego muszą to słyszeć również dwa piętra niżej?

Intuicyjność nigdy nie była zaletą programów antywirusowych. Ktoś złośliwy powie, że bardzo łatwo to wyłączyć. A jeżeli ktoś ma takich „łatwo wyłączających się dźwięków” setki? Będziesz grzebać w każdym pieprzonym programie i wyłączać chore pomysły twórców?

To samo z aktualizacjami. Najlepsze są antywirusy, które to robią całkowicie w tle. A istnieją takie! I komputera nie zwalniają. Co prawda pewnie stanowią 5% wszystkich programów, ale potrafią to robić po cichu. Posiadam taki – i okazało się, że program był tak sprytny, że dopiero po 5 miesiącach się zczaiłem, że on się w ogóle aktualizuje. Skąd moje zdziwienie? BO NIE OZNAJMIAŁ MI TEGO W ŻADEN SPOSÓB. Taki powinien być program antywirusowy – bezszelestny, a nie wciąż nam boleśnie przypominający ile wywaliliśmy w niego kasy!

I te idiotyczne opcje. Przypomnij mi o aktualizacjach za: 1 minuta. 5 minut. 10 minut. Gdzie opcja „w ogóle”, albo „zamknij mordę”?

 

#5: A spróbuj antywirusa usunąć.

Próbowaliście kiedyś usunąć antywirusa? W zależności od tego, czy producent jest debilem, czy tylko kretynem (skala własna – all rights reserved), może to być albo przeprawa przez szambo albo zanurzenie głowy w kiblu – i tak i tak śmierdzi. Osobiście miałem taki przypadek, że antywirus po prostu się nie dał usunąć. Musiałem zastosować combofixa przy starcie – program, który wyplenia wszystkie „syfy” z różnych zakamarków, jednakże jest dosyć mocno agresywny. A szczególnie wredne są te preinstalowane – nie do zdarcia!

#6: Stare wirusy do kosza.

Czasem lubimy sobie powspominać. I tak wiedziony drogą nostalgii odpaliłem sobie stare płyty w laptopie, które posiadały starego jak świat, ale dosyć paskudnego wirusa. Problem w tym, że żaden antywirus go nie wykrywał, bo był … za stary. Twórcy antywirusa stwierdzili, że takie wirusy to przeżytek i nie warto ich w ogóle umieszczać w bazie. W końcu ze zdenerwowania sam odkryłem nazwę tego wirusa i sam pobrałem darmowego fixa. Jeżeli znacie nazwę swojego wirusa, zanim polecicie do sklepu wywalić kasę w błoto, lepiej wpiszcie w google frazę: nazwa wirusa fix / remover / uinstaller. Często możemy to zrobić lepiej i to za darmo.

 

#7: Antywirusy hamujące postęp technologiczny.

I teraz, mimo że #7, to praktycznie przyczyna najważniejsza. Antywirusy od lat hamują postęp technologiczny wciąż utrudniając pracę twórcom … przeglądarek internetowych! Tak, twórcy znanych wszystkim Firefoxa i Chrome, poza walką z ciągłym narzucaniem bzdurnych reguł dotyczące prawidłowego wyświetlania stron internetowych, borykają się z antywirusami. To przez te wredne programy mamy tak duże zastoje w postępie technologicznym. Poza tym, że twórcy przeglądarek łatają wciąż to nowe dziury bezpieczeństwa, to muszą jeszcze walczyć z programami, tak aby przeglądarek całkowicie nie zablokowały. Wy o tym nie wiecie – ale walka trwa od zarania!

Antywirusy to ponoć najlepszy środek na rozpieprzenie przeglądarek. Do śmieci z nimi!

 

#8: Fałszywe pozytywy i fałszywe negatywy.

Różnica jest prosta. I wiadomo co jest bardziej wkurzające. Fałszywy pozytyw to sytuacja w której program antywirusowy oznacza naszą ulubioną pieprzoną stronę internetową jako niebezpieczną. A co gorsza – czasem naszą własna, dopatrując się w swój debilny sposób jakiegoś wirusa. A my płaczemy ze złości. Fałszywy negatyw to zaś brak reakcji na faktycznie obecnego wirusa albo inne złośliwe oprogramowanie. Częstsze są niestety fałszywe pozytywy!

 

#9: Microsoft Security Essentials / Defender nam wystarczy.

I dochodzimy prawie do sedna. W nowszych wersjach Windowsa wystarczą nam w zupełności regularne aktualizacje oraz prosty antywirus opracowany przez Microsoft – i lubiany przez przeglądarki. Jeżeli mamy powszechny problem z wirusem – to Defender tego wirusa na pewno prędzej czy później wyłapie. Lepiej aktualizować, dbać, nie włazić na podejrzane strony, niż się męczyć z niewygodnym oprogramowaniem.

 

#10: Rada na przyszłość.

I pod koniec tego przydługawego wpisu polecam od siebie po prostu program do usuwania Malware – Malwarebytes Anti-Malware jest przeze mnie stosowany od lat. To prosty program skanujący ten rodzaj złośliwego oprogramowania, który tak naprawdę nam wadzi – żaden wirusy ani nic innego – tylko właśnie malware. To najczęściej się przedostaje nam w dzisiejszych czasach do komputera! Czasy wirusów się już skończyły dawno temu i mało kto się w to już bawi.

 

Ciao!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *